Gorączka końca świata cz.1.

 pamięć

W związku z nadchodzącym 2000 rokiem rodzi się cała masa wszelkiego rodzaju przepowiedni, oczekiwań, a przede wszystkim zapowiedzi rychłego końca świata. Te katastroficzne przepowiednie nie mają żadnego biblijnego uzasadnienia, na które się właśnie powołują. Po prostu interpretują Pismo św. według własnego założonego z góry katastroficznego celu. Niniejsze rozważania mają pomóc naszym czytelnikom, jako ludziom wierzącym, we właściwym rozróżnieniu prawdziwych od fałszywych proroków. Jednocześnie niech te rozważania staną się dla wierzących chrześcijan okazją do wdzięczności Jezusowi Chrystusowi za odkupienie ludzi, za przygotowanie nam miejsca w niebie, jeżeli nawet nie wiemy, kiedy nastąpi nasze przejście do wiecznego przebywania z Bogiem w niebie. Niech te rozważania obudzą także nasze nadzieję, a nie strach przed przyjściem Pana, czy w ogóle przed przyszłością. Trzeba tu zaraz dodać, że istniejący ogólny tenor w mediach, który zwykle jest nastawiony na sensacyjne wieści i wydarzenia, aby w ten sposób zdobywać sobie czytelników, dokłada także swoje "trzy grosze". Tak jest np. z podejściem do dat, a obecnie dotyczy to szczególnie roku 2000. Otóż rok 2000 jest rocznicą przyjścia Pana Jezusa na ziemię. Stad jego ważność nie tylko dla chrześcijan, bowiem w epoce nowożytnej czas liczy się w odniesieniu do tej daty. Końcem tego tysiąclecia nie jest jednak rok 1999 tylko właśnie rok 2000. Obecne tysiąclecie kończy się 31 grudnia 2000, a nie 31 grudnia 1999. Także nowe tysiąclecie rozpocznie się 1 stycznia 2001 roku. Czyżby dziennikarze i wielu innych ludzi nie umiało liczyć? Dziesiątka jest pełna, gdy się odliczy dziesięć (10) a nie dziewięć (9). Setka jest pełnią, gdy się odliczy sto (100), a nie dziewięćdziesiąt dziewięć (99). Tysiąc mamy wówczas, gdy się odliczy tysiąc (1000), a nie dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć (999). To samo dotyczy roku 2000. Stąd przełom lat 1999 i 2000 jest takim samym przejściem do nowego roku, jak każdy inny. Koniec roku 2000 dnia 31 grudnia jest przynajmniej wejściem w nowe tysiąclecie.

Ponadto w każdej Eucharystii po Przeistoczeniu modlimy się słowami: "i oczekujemy Twego przyjścia w chwale". Słowa te zwracają naszą uwagę na powrót Pana. Podobne myśli wyraża modlitwa po "Ojcze nasz", gdy kapłan się modli: "abyśmy z ufnością oczekiwali przyjścia naszego Zbawiciela Jezusa Chrystusa". Budzą te słowa w nas raczej nadzieję, ale mogą budzić w kimś także niepokój, co nie wyklucza rzetelnego szukania prawdy.

I. WYMUSZONE OCZEKIWANIE

W wielu współczesnych nam ruchach religijnych różnych wyznań, zwłaszcza o zabarwieniu charyzmatycznym, a przede wszystkim w tzw. wolnych kościołach słyszy się coraz częściej, szczególnie w ostatnich latach, że ponowne przyjście Pana jest bliskie. Takie oczekiwanie zauważa się także w niektórych grupach katolickich przede wszystkim o tradycyjnym profilu. W tych oczekiwaniach zwraca się szczególną uwagę na zagrożenia i przerażające wydarzenia, które będą poprzedzały koniec świata.

Wyjątkową popularnością cieszą się ostatnio obrazy strasznych katastrof kosmicznych, które zostały opisane w księdze Objawienia św. Jana Apostoła. Także filmy z zakresu "science fiction" dokładają swego i rozbudzają fantastyczne wyobrażenia, a przez to budzą u wielu widzów nieopisany strach przed mającymi nastąpić wydarzeniami. W tych sensacyjnych opisach uwaga przesuwa się ze zbawienia świata na koniec świata. Bywa też niekiedy, że i kaznodzieje posługują się przesadzonymi obrazami jakiegoś końca świata, jakiegoś dnia ostatecznego i ostatniej szansy do nawrócenia się. Ale posługując się w ten sposób Pismem św. czyni się z Dobrej Nowiny raczej "nowinę strachu". Ale są także i tacy chrześcijanie, którzy w apokaliptycznych obrazach, które znajdują się przecież w Piśmie św., odkrywają właśnie Dobrą Nowinę. Wystarczy wymienić tu książki Anny Swiderkówny, które są wręcz zachęcające i pełną otuchy lekturą. Ci chrześcijanie odczuwają tęsknotę za Panem. Jest to tęsknota podobna do tej, którą przeżywali chrześcijanie Kościoła pierwotnego, kiedy z głębi serca wołali: "Przyjdź, Panie Jezu - Maranatha". To oczekiwanie było wówczas, a także dzisiaj powinno być, rozumiane jako wyciągnięcie rak do codziennie przychodzącego do nas Pana. Jeżeli ktoś na co dzień żyje z Panem Bogiem, nie potrzebuje bać się ostatecznego z Nim spotkania. Ale z kolei, kto tęskni za ponownym przyjściem Pana, nie jest w swym oczekiwaniu wolny od zagrożeń. Ludzkie często zafałszowane postawy, od których nie jest wolny także człowiek pobożny, mogą łatwo wpłynąć na jego praktyczne życie z wiary. Jeżeli więc ktoś nastawi się na powtórne bliskie przyjście Pana, może się tu rodzić jego niecierpliwość. Chciało by się przy tym być wyjątkowo "wtajemniczonym", "znać" i "wyczuwać" pewne znaki, kiedy owe wydarzenia nastąpią. W ten sposób wielu jest skłonnych ubierać się w szaty "proroka" czy też "nauczyciela", który zapowiada ponowne przyjście Pana w najbliższej przez niego określonej przyszłości. Niekiedy taka postawa staję się po prostu stosowną, wymówką do ucieczki przed napięciami i trudem dnia codziennego lub też ucieczką przed odpowiedzialnym kształtowaniem przyszłości.

Z drugiej strony słyszy się często o "wizjach" i "objawieniach", z których wiele zawiera przestrogi i szczegóły nadchodzących katastrof. Gdyby nawet - subiektywnie rzecz biorąc - można je uznać za rzetelne, to jednak niektóre "proroctwa" zaczynają się plenić jak chwasty. Niekiedy są one psychologicznie "potwierdzane" albo z kolei podniecane poprzez naturalne katastrofy przyrodnicze i dominują tu zwłaszcza przykłady niszczenia środowiska naturalnego. Obecny kryzys ekologiczny potwierdza jeszcze bardziej wrażenie bliskiego krachu i końca świata. Takie zapowiedzi jak np. o trzech dniach ciemności, podczas których tylko poświęcone świece mogą ustrzec ludzi przed najgorszym, mieszają się często z niepotwierdzonymi danymi przyrodniczymi. Szczególnie wielu fascynuje się rokiem 2000, podobnie zresztą jak to było z rokiem 1000.

W obliczu tego, co zostało wyżej powiedziane, może się zdarzyć, że tęsknota za Chrystusem przeradza się w strach, ciekawość albo przynajmniej w niecierpliwość wyrażaną w formie przestrog przed mającymi nastąpić katastrofami. Wiedza o imponującym przyjściu Pana łączyć się będzie wówczas w podnieconej wyobraźni z przedziwną tajemną wiedzą: zamiast głosić całemu światu Dobrą Nowinę, otrzymuje ona w perspektywie tak bliskiego końca świata jakiś dziwnie przyspieszony i prześladowczy charakter. Dla przykładu można podać takie rozgłaszane wypowiedzi jak: "Zaczynając od Rosji znajdujemy się teraz w najtrudniejszym w dziejach świata okresie walki duchowej przed ponownym przyjściem Pana". Ciekawe skąd autorzy takich wypowiedzi czerpią podstawy i odwagę do głoszenia takich stwierdzeń? Problem, oczywiście, nie jest nowy. Już św. Paweł' w nowo założonych przez siebie wspólnotach chrześcijańskich musiał się mocno przeciwstawiać tzw. "prorokom" i "apostołom" upominając "wszystko badajcie, a co dobre zachowujcie" (1 Tes 5,21). Należy zatem podjąć trud krytycznego badania owych "proroctw", bezkrytyczne bowiem ich przyjmowanie jest po prostu szkodliwe i dla naszej wiary i dla naszego codziennego życia.

ks. Mieczysław Olszewski

Powrót na stronę Artykuły

PUNKT © 1995-2010