Bioenergoterapia czyli zdrowie za wszelką cenę cz.2.

kundalini

Podsumowaniem pierwszej części artykułu było stwierdzenie, iż bioenergoterapeuta, chcąc działać skutecznie musi posługiwać się intuicją mediumiczną, tzn. stać się medium. Medium to osoba, która ma świadomy lub nieświadomy kontakt z bytami duchowymi. Nie wszyscy bioenergoterapeuci zdają sobie sprawę z obecności duchów podczas seansów uzdrawiających. Są jednak i tacy, którzy nie tylko świadomie kontaktują się z owymi bytami, ale i otwarcie o tym mówią. Wydaje się to mało prawdopodobne, wręcz nierzeczywiste. Dlatego oddajmy głos samym bioenergoterapeutom.

Marian Tyślewicz (doktor inżynier, uzdrowiciel z Gdańska, zajmuje się bioenergoterapią 18 lat) mówi: “Gdy bioenergoterpeuta staje do uzdrawiania pomagają mu duchowi opiekunowie. Ja mam sześciu takich niewidzialnych opiekunów, a moje pierwsze «westchnienie» jest kierowane właśnie do nich. Oznacza to otwarcie się na współpracę z duchowymi opiekunami.” (Nieznany Świat 1996 nr 5 s.39)

Jose Segundo (filipiński uzdrowiciel, przeprowadzający tzw. bezkrwawe operacje) zapytany o sposób w jaki uzdrawia, odpowiedział: “ Jeśli chodzi o operacje w ciele pacjenta, nie ma tu co tłumaczyć. Otrzymuję po prostu rozkaz od siły wyższej: otwórz ciało, no i otwieram je.”(Nieznany Świat 1993 nr 5 s. 18-19)

Antonio Agpaoa (filipiński uzdrowiciel, przeprowadzający bezkrwawe operacje) na pytanie, w jaki sposób otwiera powłoki ciała i potem je zamyka, odpowiedział, że robi to nie on, ale «Moc Duchowa». (Problemy Zjawisk Nieznanych 1986 nr 1 s. 11)

Rodzi się pytanie, kim są “opiekunowie duchowi” Mariana Tyślewicza, jakiego rodzaju “siła wyższa” wspomaga Jose Segundo czy Antonio Agpaoa. Na to pytanie w sposób nie budzący wątpliwości odpowiada ojciec Jacques Verlinde, który przez wiele lat, również praktykował bioenergoterapię. Oto fragmenty jego świadectwa:

-... okazało się, że mogę także uzdrawiać. Uzdrawiać przez dotyk. I namówiono mnie do używania tego, co nazywano darem, aby czynić dobro bliźnim. W czasie, gdy praktykowałem to leczenie przez dotyk, zacząłem mieć różne doświadczenia, które były naprawdę zadziwiające. Chcę tutaj mocno podkreślić, że jednocześnie miałem już w sobie życie wiary, wiary solidnej. Ja rzeczywiście wierzyłem i kochałem mego Pana, codziennie byłem na Mszy św., codziennie mówiłem Różaniec, codziennie miałem swój czas modlitwy osobistej.

I zdarzyło mi się coś bardzo dziwnego. W czasie praktykowania uzdrawiania przez dotyk, zdałem sobie nagle sprawę, że zamieszkuje we mnie i kieruje mną jakiś wewnętrzny głos, pewien byt, który do mnie przemawia. I pomyślałem sobie: A cóż to takiego dziwnego? [...] Byłem więc bardzo zaniepokojony tym wewnętrznym głosem. Nie znałem dostatecznie Słowa Bożego, ale znałem je już na tyle dobrze, że wiedziałem, że to nie Jezus do mnie mówi. W związku z tym zastanawiałem się, co to może być. Teraz wiem, że było to po prostu doświadczenie spirytystyczne, to, co się dzisiaj nazywa channelingiem. Channel to po angielsku znaczy “kanał”, a ja stałem się takim kanałem, przekaźnikiem pewnego bytu duchowego, który chciał się mną posługiwać. Jeśli poszukacie takiej praktyki w Ewangelii, to na pewno jej tam nie znajdziecie...

[...] zacząłem rozmawiać i pytać o to ludzi, którzy także praktykowali uzdrawianie. Oni powiedzieli:

- Ależ to jest oczywiste, ty po prostu pracujesz z tym duchem. Nie mógłbyś mieć absolutnie tego typu pozytywnych rezultatów, gdybyś nie miał ducha, który by ci pomagał.

I wtedy zacząłem być coraz bardziej zaniepokojony. To, co określano jako dar naturalny, okazało się czymś dużo mniej naturalnym niż by się zdawało. Okazało się, że potrzebuję pomocy jakiegoś nieznanego bytu duchowego, żeby móc stosować radiestezję i uzdrawianie przez dotyk. Wtedy odpowiadano mi zawsze:

- Ależ słuchaj, nie przejmuj się, dziękuj za to. To jest taki duch przyjazny. Nie ma problemu, to są duchy uzdrawiające.

Ja jednak ciągle nie byłem przekonany. [...] Pewnego dnia byłem na Mszy św. pod Paryżem. W momencie kiedy kapłan podnosił Hostię w czasie Podniesienia, ten sam duch, który dotąd mi podpowiadał, nagle zaczął wyrzucać z siebie cały strumień bluźnierstw.

Byłem przerażony, bo naprawdę miłowałem Jezusa i dla mnie duch, który bluźni przeciwko Jezusowi nie może być przyjazny dla człowieka. On się wreszcie odsłonił. Może pozwoliłby na to, żeby nastąpiło jeszcze kilka uzdrowień, ale w tym momencie objawił się, pokazał się jako duch nieprzyjazny, zły, ponieważ bluźnił Jezusowi w Eucharystii. [...] I musiałem przejść całą serię modlitw o uwolnienie wewnętrzne, abym mógł zostać całkowicie uwolniony od tych nieproszonych gości.”1

Zanim więc udamy się do bioenergoterapeuty, czy innego uzdrowiciela warto uświadomić sobie, przez jakie siły będziemy “leczeni” i czy rzeczywiście warto zabiegać o zdrowie za wszelką cenę. Może się bowiem zdarzyć tak, iż stracimy więcej niż zyskamy. Warto w tym miejscu przypomnieć sobie przestrogę Jezusa Chrystusa: “Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?” (Mt 16, 25-26)

Ilustracją tej bożej prawdy niech będzie krótkie świadectwo kobiety, która dla ratowania zdrowia poddała się zabiegom niekonwencjonalnej medycyny.

Droga do zdrowia

Wieloletnie choroby - a szczególnie schorzenie kręgosłupa - skłoniły mnie do tego, by zacząć korzystać z pomocy bioenergoterapeutów. Uczestniczyłam w seansach psychotronicznych, stosowałam akupresurę, dietę wegetariańską i polecałam swemu otoczeniu te ,,odkrycia''. Fascynacja tymi praktykami pogłębiała się - a ja nawet nie zauważyłam, że otwiera się w moim ciele coraz więcej centrów energetycznych. Zaczęłam wyczuwać energie i to nawet najdelikatniejsze jej wibracje pochodzące z otoczenia (tak to przynajmniej określały podręczniki). Zaczynało to być bardzo męczące. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że stałam się medium, którego umiejętności były wykorzystywane także w miejscu mojej pracy. Zaczęłam czuć się coraz gorzej. Szczególnie jeden z ,,bioenergoterapeutów'' skutecznie mi w tym ,,pomógł''. Weszłam do jednej z sekt paraterapeutycznych. Wystarczyło niewiele wizyt, by jeszcze wzrosło moje zniewolenie, które przecież trwało już od kilku lat. Nawet nie zwróciłam uwagi, jak bardzo w przeciągu tego całego czasu oddaliłam się od Boga.

Sekta roztoczyła nade mną - już na dobre - swe macki, ale ja o tym nie wiedziałam. Nawet po moim nawróceniu nie chcieli mnie zostawić w spokoju. Przełomem w mym życiu stało się spotkanie z [ojcem] Aleksandrem Posackim SJ i z grupą osób z nim związanych. Tak naprawdę moje ,,przebudzenie'' rozpoczęło się od momentu, gdy dzięki rozmowie z o. Aleksandrem zrozumiałam, że uzyskując zdolności medialne, zaczęłam tracić duszę. Wyrywanie się z tych praktyk było ogromnie trudne i bez modlitwy, mojej i wielu innych osób, żywego uczestnictwa we Mszy św. byłoby chyba niemożliwe. Od tego momentu minęło prawie sześć miesięcy. Doznaję cudu uzdrowienia nie tylko ciała, ale także duszy i serca. Chwała Panu! - Danuta2

Joanna Jarzębińska, Marek Szczebiot

Przypisy:

1Verlinde Joseph-Marie, Bóg wyrwał mnie z ciemności. Warszawa 1998, s.48-52.

2Tekst świadectwa ze strony internetowej http://www.infosekt.info.pl z dn.28.07.1999 r.

Powrót na stronę Artykuły

PUNKT © 1995-2010